arch. Stefan Kwilecki

1925-2001
 

 

 

Stefan Kwilecki architekt, konserwator zabytków Był dla Szczecina osobą znaczącąi charakterystyczną, postacią niepospolitą; zwracał uwagę zarówno sylwetką, jak i osobowością, był odwrotnością przeciętności. Miał wzrost powyżej normy, ponad 2 m, szczupły, z daleka się go zauważało, gdy przemierzał uliczki Pogodna czy ulicę Mickiewicza, przy której mieszkał blisko 40 lat, między uniwersytetem a ulicą Wieniawskiego, trochę niepewnym bocianim krokiem, pomagając sobie laską - w grubych okularach; w ostatnich latach wada wzroku powodowała, że nie dostrzegał nikogo i niczego poniżej linii oczu. Mogło się wydawać, że z "Olimpu" swego zamyślenia nie zauważa ludzi. Ojciec Stefana zmobilizowany w 1939 roku, internowany w Starobielsku; wiosną 1940 roku został zamordowany w Charkowie. Matka z dziećmi okupację przeżyli w Rabce, później w Kieleckim w majątku Zamoyskich, gdzie Stefan został zatrudniony jako pisarz i traktorzysta. Uczył się na tajnych kursach i maturę zdał eksternistycznie. Matka, aresztowana przez okupanta została wywieziona do Ravensbrück; wkrótce po powrocie zmarła na skutek oparzeń jakich doznała, ratując z pożaru dobytek jednej z rodzin - mieszkańców wsi Bąkowa Góra, gdzie zatrzymała się z dziećmi w wojennej wędrówce. Ela w 1943 roku wstąpiła do Niepokalanek. Odtąd trójka rodzeństwa musiała sobie radzić sama. Do Szczecina przyjechał w 1948 roku i od tego czasu związał się z Pomorzem Zachodnim na zawsze, w Poznaniu z powodu pochodzenia nie miał szans dostania się na studia. Zapisał się na architekturę w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Szczecinie i na początek znalazł oparcie w Instytucie Liturgicznym prowadzonym przez księdza Kazimierza Żarnowieckiego, który prowadził internat dla uczących się młodych ludzi. Cierpiał wielką biedę, czasem bywał głodny. Ani wtedy, ani później nie odznaczał się zmysłem praktycznym, nie należał do tych co umieją walczyć, wolał oddawać się swoim pasjom, czytać, słuchać muzyki poważnej. Mieszkając w pokoju sublokatorskim na ul. Bojki na Pogodnie wolne chwile spędzał na zabawie z dziećmi swoich gospodarzy, budując z zapałek przepiękne konstrukcje i zamki średniowieczne, których byt był bardzo krótki. Dyplom uzyskał w 1952 roku na WSI w Poznaniu i tam też 15 sierpnia ożenił się z Izabellą Ułaszyn, córką profesora językoznawcy. W Szczecinie przydzielone mu dwa pokoje we wspólnym mieszkaniu w kamienicy na pl. Zgody - był pierwszym domem rodzinnym, do którego w styczniu 1954 roku wprowadził żonę z córeczką Magdaleną. Pracę otrzymał w Wojewódzkim Urzędzie Konserwatorskim, w którym stanowisko Konserwatora Wojewódzkiego zajmował wówczas kolega z Poznania, historyk sztuki mgr Henryk Dziurla, do dzisiaj profesor Uniwersytetu Wrocławskiego. Po dwóch latach przeniósł się do Pracowni Projektowej świeżo powołanego Oddziału PP PKZ. Jego ówczesny dyrektor prof. arch. Stanisław Latour wymieniał badane przez Stefana w tym czasie obiekty: Zamek Książąt Pomorskich, kościół św. Jakuba, Stary Ratusz w Szczecinie, zamki w Darłowie, Bytowie i Płotach; kościoły Mariacki i Augustianów w Chojnie. W 1960 roku kiedy Henryk Dziurla musiał opuścić stanowisko Konserwatora, powierzono je Kwileckiemu. Było to 12 lat walki o ratowanie obiektów zabytkowych zarówno świeckich jak i sakralnych przed realizowaniem nakazów rozbiórki. Do najbardziej spektakularnych należy dyskusja wokół szczecińskiego kościoła św. Jakuba, którego potrafił ochronić przez przedstawienie władzom astronomicznych kosztów rozbiórki ruiny tego cennego, gotyckiego, olbrzymiego obiektu, zbombardowanego 6 stycznia i 18 sierpnia 1944 roku i zabezpieczonego w końcu lat 40. XX wieku, przez Konserwatorów inż. Zygmunta Knothe i Zofię Krzymuską. Każdy zabytek angażował go bez reszty nie tylko intelektualnie, ale i uczuciowo. Szczeciński ratusz staromiejski był jedną w wielkich jego miłości, osobiście obstukiwał go z XVIII-wiecznych tynków, by z radością odnajdywać średniowieczne profile i glazury. Nie da się wymienić tu wszystkich jego inicjatyw. Do najbardziej znaczących należą: rewaloryzacja pałacu biskupiego, ratusza i kościoła św. Mikołaja w Kamieniu Pom.; murów miejskich w Pyrzycach, Chojnie, Choszcznie i Mieszkowicach; kamienic i bram w Stargardzie. W wolnych chwilach penetrował teren po obydwu stronach Odry na rowerze - nigdy nie posiadał innego pojazdu. W 1972 roku wymuszono na nim rezygnację ze stanowiska, według Stanisława Latoura głównie przyczyniła się do negatywnego stanowiska władz, nieprzejednana postawa jeśli idzie o zabezpieczanie i niezgoda na rozbiórkę kościołów wiejskich. Na 80 decyzji ostatecznie rozebrano 2 kościoły. Po odejściu z Urzędu Konserwatorskiego powrócił do PP Pracownie Konserwacji Zabytków. Dzięki doskonałej znajomości języka francuskiego otrzymał zlecenie z Ministerstwa Kultury i Sztuki na inwentaryzację poloników we Francji - trwało to kilka miesięcy i dało mu dużo nowych kontaktów, radości i satysfakcji. Praca w PKZ-ach była dla Stefana trudna ze względu na obowiązujący swego rodzaju akord - trzeba było mieć odpowiedni "przerób" w zespole, żeby zarobić pieniądze. Stefan, który nigdy nie był w stanie się spieszyć, nie umiał zakończyć pracy nad obiektem, który go pochłaniał bogactwem problemów, rodzących się w czasie badań znaków zapytania - "przerobu" nie mógł osiągnąć. Dzięki inicjatywie prof. Stanisława Latoura, który wyczuł u Stefana talent dydaktyczny, w 1975 roku został zatrudniony w Politechnice Szczecińskiej w Zakładzie Teorii Architektury, Historii i Konserwacji Zabytków na Wydziale Budownictwa i Architektury jako starszy wykładowca. Jako pasjonat przedmiotu został bardzo dobrze przyjęty przez młodzież, znalazł tu wielu przyjaciół. Okazało się, że posiadał cechy idealnego nauczyciela: solidną wiedzę, popartą najczęściej autopsją, erudycję i charyzmę, otwartość i przyjaźń dla młodych. Szczególnie lubił mówić o sztuce francuskiej, ale i angażował uczniów w swoje ulubione obiekty pomorskie. Miłością ostatnich lat był kościół Mariacki w Chojnie i kaplica templariuszy w Rurce, opracowywane przy współpracy ucznia i przyjaciela inż. arch. Macieja Płotkowiaka. Mógł o nich mówić z zapałem i wzruszeniem, bez względu na to w jakim stopniu słuchacz był zainteresowany - w takich sytuacjach był przykładem niepoprawnego egocentryka. Zaangażowany w sprawy Kościoła, walcząc o ratowanie świątyń, co nie było możliwe bez pokaźnych pieniędzy, bolał nad posługiwaniem się w Kościele "środkami bogatymi". Szczególnie osobiście przeżywał budowę bazyliki w Licheniu. Toż właśnie na ziemiach Kwileckich, gdzie pierwszy kościół dla cudownego obrazka Matki Boskiej Licheńskiej ufundowała jego babka, wyrastała na jego oczach gigantyczna budowla z pozłacanego aluminium, szkła i marmurów. Żadne argumenty w jej obronie do niego nie trafiały, był bezkompromisowy, płakał z bólu, złości i zgorszenia. Po przejściu na emeryturę czas i siły pochłaniała troskliwa i pełna oddania pielęgnacja żony, dotkniętej ciężką chorobą. Po jej odejściu żył dość samotnie, pełen wahań czy zdecydować się na pożegnanie ze Szczecinem i przeniesienie się do Warszawy czy pozostanie. Mówi o tym w filmie, który o nim nakręciła telewizja. We wrześniu 2000 roku na 75-lecie urodzin córka zrobiła mu niespodziankę, przyjechała, zorganizowała spotkanie dla przyjaciół i przekonała serdecznie do przeniesienia się do niej, do jej domku pod lasem w Rajszewie koło Jabłonnej. Zaczął się pakować i żegnać. Bardzo go wzruszyło pożegnanie zainicjowane przez kolegów ze Stowarzyszenia Konserwatorów Zabytków. Pożegnał się z parafią Św. Krzyża, odwiedzał przyjaciół. Wszystkie książki znalazły się w systematycznie ponumerowanych kartonach. Był spokojny, bolał nad rozstaniem ze Szczecinem, ale cieszył się, że będzie blisko ostatniej ze swoich ukochanych kobiet. Zaczął pisać wspomnienia. Na Boże Narodzenie podjął jeszcze bardzo trudną ponad siły podróż do syna Michała i wnuków do Belgii. Wrócił chory, ale w momencie kiedy wydawało się, że dzięki staraniom młodego przyjaciela Macieja Płotkowiaka, niebezpieczeństwo jest zażegnane, w Nowy Rok 2001 roku całkowicie przygotowany do drogi, jeszcze ze swojego ukochanego Szczecina przeszedł cicho i niespodziewanie do "lepszego świata". Został pożegnany 4 stycznia w szczecińskiej katedrze św. Jakuba, którą ratował, badał i odbudowywał. Zgromadziło się wielu przyjaciół, kolegów i uczniów. Po nabożeństwie ostatecznie opuścił Szczecin - pojechał na cmentarz do Gosławic pod Koninem, parafii do której należy Maliniec. Pochowany jest w rodzinnym grobowcu obok dziadków i żony.

Wspominała: Maria Glińska

 

 

fot. T.S.

dąb Stefana Kwileckiego na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie

Drzewka pamięci  |  SARP SZCZECIN